Zygmunt Broniarek

Plotki płotki i GRUBE RYBY

Zalążek prywatnego tygodnika           nr. 671  rok XIV

Bogusław Kaczyński : Jak Kiepura zdobywał sławę.

Odcinek trzeci: „Proroctwo jasnowidza i sopran-zjawisko"

(W drugim odcinku, po kilku perypetiach, Pan Jan podpisuje korzystny kontrakt z impresariem wiedeńskim, Kneplerem, pod patronatem jego przyjaciela, najsłynniejszego impresaria berlińskiego, Guttmana. Knepler był wprawdzie oczarowany głosem Kiepury, gdy go usłyszał po raz pierwszy, ale ten młody Polak stanowił dla niego takie zaskoczenie, że sprowadził Guttmana W NOCY z Berlina, by się co do niego upewnić. Upewnił się na amen. Tymczasem teraz, po podpisaniu kontraktu, wyszedłszy na ulice, Kiepura, nagle, jak zwariowany, biegnie z Michałem Orliczem, swoim przewodnikiem w Wiedniu, z powrotem do gabinetu impresaria wiedeńskiego, gdzie obaj panowie piją koniak i palą cygara, też z kontraktu zadowoleni. Widząc do cna wzburzonego Kiepurę, Knepler sumituje się, że on i Guttman popełnili gafę, nie zapraszając na koniak Pana Jana i Orlicza, na co słyszą od Kiepury: „Większą gafę to ja popełniłem". JAKĄ ?).

Jan Kiepura

„'Nie wziąłem zaliczki' - woła Pan Jan, a pisze o tym w swej książce „Jan Kiepura" Bogusław Kaczyński. I ciągnie: „Kamień spadł z serca obu impresariom. Knepler podszedł do biurka i powiedział: 'Bardzo pana przepraszam, sam dziwie się sobie, jak mogłem popełnić taką straszną gafę. Proszę mi darować". Otworzył szufladę i wyjął z niej kopertę, wypchaną banknotami. Wręczając ją Kiepurze, dodał: 'Oto zaliczka za dziesięć koncertów z góry'. Kiepura wziął do rąk kopertę, otworzył ją, przeliczył wszystkie banknoty a potem przejrzał je pod światło. Żegnając impresariów, oświadczył przez Orlicza: 'Proszę im powiedzieć, że koniaku nie używam, w ich zresztą własnym interesie'. Skinął głową i opuścił gabinet.

„Skoro zostawał w Wiedniu, postanowił wejść w kręgi tamtejszej Polonii, która po upadku monarchii austro-węgierskiej nadal działała niezwykle prężnie. Pewnego dnia, Kiepura wprowadzony został przez znajomego dziennikarza z Warszawy na - jak się mówiło w Galicji - 'wieczór tańcujący'. Był główną atrakcją spotkania: taki młody, przystojny i pięknie śpiewający. Panienki, ich mamy i babcie tęsknie spoglądały w stronę Jana. W pewnej chwili Kiepura szepnął do ucha dziennikarza, który go wprowadził: 'Niech pan coś zrobi, żeby proszono mnie o występ'. A dziennikarz na to: 'Ależ to niemożliwe, panie Janie. To jest ostatni wieczór, po którym wszyscy rozjeżdżają się do wód w pobliże Wiednia. Kiedy spotkamy się znów jesienią, będziemy oczywiście prosili pana o występ'. .

Ale Kiepura: 'Niech chociaż proszą, przecież mnie nie wypada samemu zaproponować'. Po chwili dziennikarz wzniósł toast: 'Myślę, że będę wyrazicielem woli nas wszystkich, Polaków mieszkających w Wiedniu, jeśli poproszę naszego kochanego Mistrza, aby wystąpił dla nas z koncertem'. Usłyszawszy te słowa, panienki, mamy i babcie zaczęły wołać: 'Prosimy, prosimy, Mistrz nie może nam odmówić'. Kiepura przez chwile wysłuchał ich próśb, po czym zdecydowanym głosem odpowiedział: 'Nie ma mowy'. Ale im bardziej on odmawiał, tym one bardziej nalegały. Dziennikarz, wznoszący toast, zamarł w bezruchu i czekał na to, co się dalej stanie. Po dłuższej chwili Kiepura dał się wreszcie 'uprosić' i powiedział: 'No dobrze, ale gdzie jest sekretarz Towarzystwa ? Trzeba natychmiast ułożyć tekst zaproszenia, oddać go do drukarni i jutro o świcie roznosić po domach. Ludzie na czas muszą być przecież powiadomieni o koncercie'. Na środek sali wyszedł starowinka, który pamiętał lata młodości cesarza Franciszka-Józefa. Usiadł przy złoconym stoliku a Kiepura dyktował tekst zaproszenia:   'Bawiący przejazdem w Wiedniu Jan Kiepura - 'król tenorów polskich' - dał się uprosić tutejszej Polonii i wystąpi z koncertem'

„Wiedeńscy Polacy kochali Kiepurę od pierwszego z nim spotkania. Gościli go w swoich domach, wspierali finansowo i ułatwiali kontakty towarzyskie. Jeden z przyjaciół, w tajemnicy przed Janem, wybrał się nawet z wizytą do sławnego na świecie a mieszkającego w Wiedniu jasnowidza-grafologa, Rafała Schermana. Doktor Scherman był potęgą. Dotykając pismo, bezbłędnie przepowiadał przyszłość. Kiedy podano mu fragment listu Kiepury do matki, powiedział: 'Widzę go przed sobą, słyszę jego głos...To jest głos, jaki spotyka się raz na dziesiątki lat.. Jaka w nim siła...Głos tego człowieka pociągnie za sobą miliony ludzi...W tym głosie leży moc nadzwyczajna...niepojęta...Energia tego człowieka dokona cudów...Ten człowiek osiągnie kiedyś najwyższe cele...Przed nim świat stoi otworem...Bogactwo...Jego energia i pewność siebie dokonają cudów'.

„Kiedy powtórzono Kiepurze słowa Schenmana jeszcze bardziej uwierzył we własne siły i postanowił niezwłocznie skierować swe kroki w stronę gabinetu dyrektora Opery Wiedeńskiej. Franz Schalk słyszał już o pojawieniu się w Wiedniu niezwykłego polskiego tenora więc przyjął go bez wahania. Po krótkiej rozmowie dyrektor poprosił Jana aby coś zaśpiewał. Kiepura wybrał arię Cavadarossiego z III aktu opery 'Tosca'.
„Schalk zachwycił się głosem Kiepury, bo trudno się było nie zachwycić 'złotym' głosem tego chłopca, jego urodą i uśmiechem niezbędnym w pokonywaniu dziesiątków przeszkód, jakie piętrzyły się na drodze jego życia. I wszechwładny dyrektor Opery Wiedeńskiej, w uniesieniu pod wrażeniem chwili, powiedział: 'Angażuję pana od zaraz do Opery Wiedeńskiej'. A Kiepura na to: 'A za ile, panie dyrektorze ?'. Schalk oniemiał z wrażenia, podobnie jak kiedyś w Warszawie Emil Młynarski, i zapytał: 'Czy przyszedł pan do mnie, mając na myśli wysokość swojego przyszłego honorarium ?'. Kiepura na to: 'Powinienem chyba otrzymać honorarium zbliżone do tego, jakie dostaje pierwszy tenor Opery Wiedeńskiej Leo Slezak'. Schalk nie wytrzymał tych słów. Poczerwieniał, zerwał się z fotela i zaczął krzyczeć, że podobna bezczelność nigdy nie miała miejsca w jego gabinecie, i wyrzucił Kiepurę za drzwi. Kiepura niezbyt speszony okropną - co tu dużo mówić- sytuacją, wychodząc, włożył jeszcze głowę w niedomknięte drzwi i, tak jak wówczas potrafił, powiedział: 'Panie dyrektorze, przyjdzie jeszcze czas, że będzie mnie pan prosił o występ w Operze Wiedeńskiej'. I poszedł do swojego ciągle jeszcze taniego hotelu.

Maria Jeritza

„Szczęśliwie się złożyło, że w tym momencie korytarzem przechodziła legendarna primadonna operowa - Maria Jeritza. Los chciał, że w tym czasie była ona nie w Metropolitan Opera w Nowym Jorku lecz w Wiedniu, w pobliżu gabinetu dyrektora. Jeritza słynęła nie tylko ze zjawiskowej piękności sopranu dramatycznego, ale także z urody gwiazdy Hollywood. Słynęła też z opisywanych do dzisiaj przez historyków niezliczonej ilości skandali, które urządzała każdemu na każdym kroku. Przez całe swoje długie życie interesowała się młodymi i przystojnymi panami, których zmieniała jak przysłowiowe rękawiczki. Widząc ślicznego Kiepurę, wybiegającego z gabinetu dyrektora, weszła i zapytała: 'Kim był ten przystojny chłopak, który przed chwilą tak zachwycająco śpiewał arię z Toski ?'. No i dyrektor opowiedział o tym, co się tu przed chwilą stało i o tym bezczelnym Polaku. A Jeritza na to: 'Panie dyrektorze, jutro Tosca, a Slezak nadal chory. Jedynym śpiewakiem, z którym chcę wystąpić, jest ten młody Polak. Proszę go natychmiast zaangażować'.

Schalk krzyczał, że to niemożliwe, że to nie wchodzi w rachubę. Biedak. Chociaż mówiono o nim, że jest dyrektorem-dyktatorem Opery Wiedeńskiej, wszystkim wiadome było, że Wiedniem, Operą i całym operowym imperium rządzi kapryśna ale uwielbiana przez tłumy Maria Jeritza".
 

(Dalszy ciąg nastąpi).

wydawca: A. Szkoda