Zygmunt Broniarek

Plotki płotki i GRUBE RYBY

Zalążek prywatnego tygodnika           nr. 667  rok XIV

Moje spotkanie z Violettą Villas

Tad Szulc, amerykański dziennikarz, który nigdy nie zmienił polskiej pisowni swojego nazwiska, ani też nie skrócił swego imienia do TED, tylko do TAD, zmarł w 2001 roku. W latach 1970-ych przyjechał on do Polski i przyszedł na obiad do restauracji w Domu Dziennikarza. Zobaczywszy mnie, niemal wykrzyknął: „Słyszałem, że w telewizji grasz na trąbce". Ja na to: „Nie na trąbce tylko na bębnie, i to występując w skeczu z Violettą Villas". „Z tą cud-śpiewaczką, co ma głos na cztery oktawy ?". „Owszem - odparłem. „To ci gratuluję, też na cztery oktawy czyli na super-piątke". Tak istotnie było - wystąpiliśmy razem w dwóch skeczach w reżyserii Ferudina Erola, całkowicie spolszczonego Turka w TVP. Bardzo miło te występy wspominam.

Dziś pani Violetty już niestety nie ma. Jest natomiast książka Izy Michalewicz i Jerzego Danilewicza pt. „Villas - nic przecież nie mam do ukrycia..." (Świat Książki, Warszawa, 2011). Ta dziennikarska para, zbierając materiały o bohaterce swojej książki, odbyła ze mną rozmowę (którą przedrukowała wiernie) o wydarzeniach z czasów, kiedy Violetta Villas występowała w Las Vegas. „O tym, że Villas występuje w Las Vegas - stwierdzają autorzy książki - dowie się będący wówczas korespondentem 'Trybuny Ludu' w Waszyngtonie Zygmunt Broniarek. Pod pseudonimem też pisywał felietony w 'Expressie Wieczornym'. Wspomina: 'Napisałem do niej list na adres tego kasyna („Dunes") i do mnie zadzwoniła. Przez telefon opowiadała mi różne historie: że siedzi przy basenie hotelu, a wokół otaczają ją jakieś podejrzane typy w ciemnych okularach i że ona musi się bronić przed ich erotycznymi awansami'..

„Broniarek zapamiętał też, że jego telefoniczna znajomość z Violettą załatwiła mu przedłużenie pobytu na placówce. 'Musiałem wracać, bo byłem tam już od 1961 roku (czyli przez sześć łat, a zwyczajowa kadencja trwała 3-4 łata - ZB). Zrobiłem pożegnalne przyjęcie w moim domu na Massachusetts Avenue - to była taka elegancka dzielnica ambasad. Miałem nieduży apartament. I ona akurat wtedy zadzwoniła. Mimo gwaru i gości zacząłem z nią rozmawiać. Nagle podchodzi facet, który wówczas był na jakimś wysokim stanowisku w konsulacie (dokładnie, w sekcji konsularnej ambasady PRL, bo w Waszyngtonie „regularnego" konsulatu nie było - ZB) i pyta: 'A z kim ty tak rozmawiasz ?' (bo trochę to trwało). 'Z Violettą Villas'. 'To niemożliwe. A czy ja mógłbym też porozmawiać ? (chyba był wielbicielem jej talentu)

„Wziął słuchawkę, a ona mu zaśpiewała 'Do Ciebie, Mamo'. Gdy skończyła, on zapytał: 'A kiedy ty wyjeżdżasz ?'.
'Już wyjeżdżam'.
'To ja ci załatwię jeszcze rok w Waszyngtonie'.
„Jak powiedział tak zrobił. Dziś myślę, że on był z jakichś tajnych służb".
Taki przebieg miał mój pierwszy kontakt z Violettą Villas w ogóle - nastąpił on w USA i był wyłącznie telefoniczny. Pierwszy kontakt osobisty nawiązałem z nią w Polsce z okazji wspólnych występów we wspomnianych skeczach „Turka" Erola. W latach 1985-90 byłem po raz drugi korespondentem „Trybuny Ludu" w Waszyngtonie i na ten okres przypadło moje pierwsze, OSOBISTE, spotkanie z panią Violettą w USA, tym razem w Baltimore. Z moją żoną, Elżbietą, pojechaliśmy tam na koncert, w którym pani Violetta wystąpiła z aktorami Teatru Syrena „pod batutą" jego dyrektora, Witolda Fillera. Pamiętam, że opowiedziałem jej wówczas o tradycyjnym corocznym wieczorze satyrycznym pod patronatem Korespondentów Akredytowanych przy Białym Domu(White House Correspondents), do których należałem. Wieczory te nosiły nazwę „Gridiron" czyli „Ruszt", ponieważ „smażono" na nim „biczem satyry" wybitne osobistości amerykańskie i światowe, łącznie z każdym aktualnym prezydentem USA (a każdy kolejny na nie przychodził). Były to czasy Reagana i Gorbaczowa, a wiec w repertuarze „Rusztu" znalazły się nowe słowa piosenki „Oczy czornyje", przestrzegające tego pierwszego przed zbytnim entuzjazmem dla tego drugiego, co miewało miejsce. Pani Violetta zainteresowała się tymi słowami i prosiła mnie o ich tłumaczenie. Tak się złożyło, że Filler, z dyrektorowaniem „Syrenie", łączył stanowisko redaktora naczelnego „Szpilek", a ja tam pisywałem korespondencje, wiec miałem „na podorędziu" „wolne tłumaczenie" jednej zwrotki tych słów. Aktor grający Gorbaczowa śpiewał „do Reagana": „Oczy czornyje // Za tym się kryje // Że ci podbije // Kaliforniję". Pani Violetta śmiała się, ale powiedziała: „Śpiewać tego jednak nie będę, bo się do polityki nie mieszam".

Wkrótce po naszym - tj. Elżbiety i moim - powrocie do Polski na stałe w lecie 1990 roku, a dokładnie w połowie stycznia 1994 roku, Andrzej Kwiatkowski z TVP zaproponował mi udział w swoim programie „Kariery-Bariery", nagrywanym w Teatrze Małym przy ulicy Marszałkowskiej. Ponieważ miałem w pamięci kontakty z Violettą Villas, powiedziałem mu, że byłbym szczęśliwy, gdyby zechciała w tym nagraniu wziąć udział. Stwierdziłem też, że zarówno ona jak i on ryzykują dużo, ponieważ byliśmy wówczas zaledwie w cztery i pół roku po tym wielkim przełomie w Polsce, który przyniósł jej upadek komunizmu a wszyscy wiedzieli, że ja pracowałem nieprzerwanie przez 40 lat w organie PZPR czyli w „Trybunie Ludu". Ale pan Andrzej odrzekł mi, że oczywiście pytał o zgodę swoich przełożonych, a oni nie zgłosili sprzeciwu, a pani Violetta od razu powiedziała, że propozycje przyjmuje pod warunkiem, że ja wystąpię w smokingu a ona - w sukni od Diora, którą przywiozła z Las Vegas. Była to nie tylko zgoda, ale wprost objawienie, ponieważ ona przyciągała wciąż tłumy, no i jeszcze ta suknia - od światowego króla mody. Na stanowisko dyrekcji TVP mogło wpłynąć też to, że pan Andrzej planował emisję na ostatnią sobotę karnawału i że program miał mieć jeszcze lżejszy charakter niż normalnie. [video 1] [video2]

Pani Violetta odniosła oczekiwany to jest niebywały sukces na samym nagraniu -w teatrze była widownia zajęta do ostatniego miejsca - ale też rzęsiste oklaski zebrali prowadzący program - Ania Frankowska i Andrzej Kwiatkowski. Na sali nikt, nawet prowadzący, nie mieli żadnych pretensji do mojej fraszki, w której pośrednio chwaliłem swoja decyzję tak długiej i nieprzerwanej pracy w „Trybunie Ludu". Ponieważ wychowałem się na warszawskiej Pradze a częściowo i na Woli, gdzie miałem rodzinę brata ojca, Teofila Broniarka i jego żony, Meli, oraz ojca chrzestnego, Edwarda Królaka i jego żony, Zosi, fraszka ta brzmiała następująco: „Hasło praskie albo wolskie // Co kieruje mną niezbicie // Ja mam tylko jedną Polskę //1 mam tylko jedno życie".
Trzeba jednak dodać, że szum w reakcji na „Kariery - Bariery" był znaczny -obok pozytywnego także negatywny. Ten drugi reprezentowała najbardziej...reprezentatywnie Alina Grabowska z Wolnej Europy, która w felietonie pt. „Nic śmiesznego" w „Życiu Warszawy" (z 16 lutego 1994 roku) napisała: „Być może, mam ograniczone poczucie humoru, ale miły wieczór telewizyjny z Zygmuntem Broniarkiem zaledwie w cztery i pół roku po tym, gdy pozbyliśmy się wreszcie władzy ludowej, też świadczy o braku smaku i poszanowania dla odbiorców. Na przykład, na pytanie, dlaczego wiernie służył reżymowi, Zygmunt Broniarek odpowiedział - zapewne całkowicie zgodnie z prawdą - że czynił tak, ponieważ reżym ten umożliwiał mu pobyt na zagranicznych placówkach, a wiec...daleko od siebie".

Dostało się też redaktorowi Kwiatkowskiemu i Ani Frankowskiej. Ale jedno było znamienne: Alina Grabowska - Violetty Villas zaatakować nie śmiała.

wydawca: A. Szkoda