Zygmunt Broniarek

Plotki płotki i GRUBE RYBY

Zalążek prywatnego tygodnika           nr. 589        rok XII

Zwycięstwo Komorowskiego i „Stalowa Wola” Kaczyńskiego

Mój przyjaciel mieszkający na Zachodnim Wybrzeżu USA, którego nazywam żartobliwie „Mr West Coast" („pan Zachodnie Wybrzeże"), przysłał mi ostatnio kilka uwag na temat najnowszych wydarzeń w Polsce. Pisze on: „Najbardziej zdumiał mnie Jarosław Kaczyński, kiedy w niedziele, 4 lipca wieczorem o waszej godzinie 20,00—po pierwszym telewizyjnym wyniku w wyborach prezydenckich, pogratulował Komorowskiemu zwycięstwa. Dla nas było to niezrozumiałe, bo przecież był to tylko pierwszy SONDAŻ, wciąż, ze względu na niewielką różnicę w oddanych głosach na obu rywali, bardzo niepewny. U nas, kandydat, który wybory prezydenckie przegrywa, czeka w takiej sytuacji do ostatniej chwili, by wiedzieć na pewno, że porażkę poniósł i dopiero wówczas przyznaje zwycięstwo konkurentowi. Owszem, bywają od tego wyjątki, ale rzadkie. A tu ci taki pośpiech. Zwłaszcza, że w nocy z waszej niedzieli na poniedziałek, przez jakieś dwie godziny, wyniki LICZENIA GŁOSÓW, a nie sondaży, dawały przewagę Kaczyńskiemu. A ponieważ Kaczyński na pewno chciał te wybory wygrać, to musiał myśleć tak oto: 'Jeżeli je przegram, to przynajmniej będę tym 'wspaniałomyślnym', który najwcześniej pogratulował rywalowi wygranej. A jeżeli wygram, to odniosę tym większy sukces, ponieważ okażę się prawdziwym wybrańcem Boga, który po klęsce, dał mi NATYCHMIAST zwycięstwo. Już Kościół potrafi to zdyskontować'".

„Kaczyński - pisze dalej „Mr West Coast" - wybory przegrał, ale rywalowi zwycięstwa pogratulował. Zwolniło go to z obowiązku okazywania jakiejkolwiek grzeczności Komorowskiemu. Dlatego nie przybył na Zamek na uroczystość wręczenia Komorowskiemu uchwały Państwowej Komisji Wyborczej o oficjalnym wyniku wyborów, co równało się stwierdzeniu, że wybory definitywnie wygrał. Nieobecność Kaczyńskiego była publicznym wyrażeń lekceważenia prezydentury Komorowskiego, okazanym jemu osobiście. A także sygnałem dla zwolenników Kaczyńskiego, że mogą bezkarnie przeciwko Komorowskiemu harcować. Łącznie ze składaniem wniosków o unieważnienie wyborów. I z tworzeniem zespołu sejmowego do badania katastrofy smoleńskiej, który, jak mówi Kaczyński, ma dojść do 'właściwych' wniosków. Czyli, mówiąc inaczej, do konkluzji, że katastrofa ta była dziełem 'Tuska na spółkę z Putinem'".
„Teraz zaś rozegra się walka o Pałac Namiestnikowski (Prezydencko - ZB). A więc o to, czy będzie on normalną siedzibą prezydenta Komorowskiego czy trwałym miejscem żałoby i kultu zmarłego tragicznie prezydenta Lecha Kaczyńskiego. A więc miejscem spisków przeciwko legalnemu prezydentowi Rzeczypospolitej - i oczywiście przeciwko rządowi Tuska. A także SIEDZIBĄ RÓWNOLEGŁEGO RZĄDU KACZYŃSKIEGO AŻ DO WYBORÓW PARLAMENTARNYCH, Z KTÓRYCH MA SIĘ WYŁONIĆ RZĄD PREMIERA KACZYŃSKIEGO. Wówczas przejęcie władzy przez pokonanego kandydata na prezydenta będzie kompletne".
Czy Mr West Coast nie jest zbyt pesymistyczny ? Jedna jego dodatkowa uwaga usprawiedliwia ten pesymizm (i proszę się nie śmiać): „Kaczyński ma już nawet nie żelazna, ale wręcz STALOWA wolę dorwania się do PEŁNI władzy - pisze Mr West Coast - a wielu jego zwolenników to fanatycy. Oni nie są uczestnikami walki politycznej, oni są bojownikami KRUCJATY CHRYSTUSOWEJ. Takiej stalowej woli nie ma Komorowski a jego zwolennicy fanatykami nie są. Jedyną nadzieją dla Polski jest to. Że Komorowski wybory wygrał. Ale zwycięstwo MUSI on utrzymać i umocnić z taką samą siłą woli, jaką wykazuje jego pokonany przeciwnik.

„Bezpieczne związki” Basi Henkel

Nasza wielka przyjaciółka, redaktor Barbara Krystyna Henkel czyli popularna Basia Henkel (od nazwiska męża), odeszła. Była wybitną dziennikarką, specjalistką od kultury a zwłaszcza teatru, kronikarką życia towarzyskiego Warszawy, która stworzyła swój własny, niepowtarzalny styl, daleki od dzisiejszego dziennikarstwa skandalizującego. Można by ten styl nazwać „psychologiczno-dociekliwym", a więc takim, który wzbogaca wiedzę o osobowości opisywanego czy opisywanej, ale jej nie gwałci, zaspakajając równocześnie naturalną ciekawość czytelnika. Jej felietony trafiały także poza granice Polski. Pisała ona bowiem do ostatniej chwili recenzje teatralne w luksusowym czasopiśmie polsko- i anglojęzycznym „Golf and Life" („Golf i Życie"), wydawanym w Warszawie i czytanym przez światowe elity ze względu na wysoki poziom profesjonalizmu artykułów o tym szczególnym sporcie i na doskonałość angielszczyzny tłumaczeń. Ona, Basia, nigdy się nie chwaliła pozytywną reakcją zagranicznych czytelników na swe recenzje, ale jej siostra, Bożena, stomatolog, od czasu do czasu uchylała rąbka tajemnicy w tej materii.

Jednym z największych zawodowych osiągnięć Basi Henkel był zrealizowany przez nią pomysł cyklu wywiadów dla czasopisma „Pani" pt. „Bezpieczne związki - zwierzenia sławnych par". Cykl ten zaowocował jej książką pod tym samym tytułem, wydaną w 2003 roku nakładem Wydawnictwa Nowy Świat, Warszawa. W branży i w popularnym odbiorze cykl ten przeszedł do historii dziennikarstwa polskiego jako „Dwie połowy jabłka". Ponieważ wywiady są w książce ułożone według alfabetu nazwisk, to z przyjemnością melduję, że pierwszą parą w książce jest małżeństwo, które idealnie łączy ŚWIAT z PRAWOBRZEŻNĄ WARSZAWĄ, a dokładnie z Saską Kępą. Ja sam pochodzę z warszawskiej Pragi, a więc w pewnym sensie jedna „połowa jabłka" tej pary pochodzi z „dalszych moich okolic", już nie mówiąc o tym, że żona i ja znaliśmy ją szczególnie dobrze. Ta para to Ania i Luca (Luka) Biolato. Luca, niestety, już od kilku lat nie żyje. Ale było to małżeństwo, o którym w Warszawie mówiono wierszem: „To prawie boska // polsko-włoska // para ambasadorska". Istotnie bowiem, Ania (lubi to zdrobnienie), rodowita warszawianka, i Luca Daniele (dwojga imion), na przełomie lat 1990-ych i 2000-ych, taką parę tworzyli - on rzeczywiście był ambasadorem Włoch w Polsce (miał do końca życia tytuł „ambasadora tytularnego" czyli właśnie dożywotniego). A ona i Saska Kępa ? Mówiła Ania Basi Henkel: „Saska Kępa zaważyła na całym moim życiu. Urodziłam się przy ulicy Walecznych, na Zakopiańskiej mieszkał Luca, najmłodszy wówczas dyplomata w Warszawie na stanowisku sekretarza ambasady. A poznaliśmy się też na Saskiej Kępie, przy ulicy Bajońskiej, u znajomych, l pierwsze samodzielne mieszkanie mieliśmy przy Niekłańskiej". .

Tu wyjaśnienie. Luca Biolato został mianowany ambasadorem w Polsce w 1997 roku, ale wcześniej już służył w Warszawie a więc też, przez Anię, był związany z Saską Kępą czyli był prawie warszawiakiem. Gdy został ambasadorem, oboje przeprowadzili się do siedziby ambasady tj. historycznego - i imponującego - Pałacu Szlenkierów przy Placu Dąbrowskiego. Odbywały się tam przyjęcia tak wspaniałe, że naprawdę "prawie boskie". Ania i Luca stanowili niezmiernie atrakcyjną parę: ona piękna, elegancka, wytworna, on - bardzo wysoki, przystojny, „ambasadorski". A oboje - autentycznie przesympatyczni, bez żadnych póz, dąsów i fochów. Luca powiedział Basi Henkel (którą oczywiście do ambasady, państwo Biolato regularnie zapraszali): „Z racji swych misji dyplomatycznych odwiedzałem ze sto krajów, a w siedmiu, nie licząc mojej ojczyzny, zatrzymałem się na dłużej. Siedem to tyle ile gwiazd Orsa - Wielkiego Wozu. Polska i Warszawa są jak Gwiazda Polarna, ta najjaśniej świecąca. Przede wszystkim dlatego, że to ojczyzna mojej żony. A jeśli Polska jest Gwiazdą Polarną, to Włochy, oczywiście są Słońcem. Nie tylko dlatego, że widzimy je na niebie i czujemy jak grzeje. Własny kraj, nawet gdyby był ponury, jest dla każdego Słońcem".
Po to, by tak mówić, trzeba mieć własne wewnętrzne ciepło. Luca je miał, a pani Ania je ma

wydawca: A. Szkoda